Wyobraźcie sobie człowieka, który na egzaminie adwokackim miał w głowie jednocześnie Yossariana uciekającego przed systemem, Erasta Fandorina rozwiązującego zagadkę w eleganckim surducie i Randala McMurphy'ego, który właśnie odkrył, że na oddziale psychiatrycznym można grać w blackjacka o papierosy.
Ten człowiek to ja.
Moje życiowe motto brzmi: "Nie każdy adwokat musi być adwokatem sądowym" i o ironio – właśnie przez tę filozofię mój egzamin adwokacki wisiał na włosku.
Ostatecznie jednak przeszło.
Czym się zajmuję na co dzień? Pomagam przedsiębiorcom żyć w miarę spokojnie w tym pięknym, acz lekko psychotycznym polskim prawie gospodarczym.
Najczęściej spotykacie mnie:
- przy stole negocjacyjnym (tam czuję się najlepiej),
- w radach nadzorczych (aktualnie pełnię funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej spółki notowanej na GPW),
- przy redagowaniu umów, które mają przetrwać spotkanie z drugą stroną, UOKiK-em i ewentualnie zły dzień sędziego,
- przy tłumaczeniu zarządu, że "to nie tak miało być" → "to właśnie tak miało być, tylko nikt w to nie wierzył",
- w sytuacjach, w których spółka chce zrobić coś ambitnego, a regulaminy i zdrowy rozsądek mają odmienne zdanie na ten temat.
Jako że moje sprawy rzadko kończą się w Sądzie, to nie mam imponującej kolekcji wygranych procesów. Za to mam pokaźną kolekcję:
- uratowanych reputacji,
- zaoszczędzonych milionów (czasami cudem),
- historii, których nie można opowiedzieć na konferencjach branżowych,
- i spojrzeń zarządu typu "on chyba żartuje… czekaj… on serio tak to zrobił?!"
Jeśli Twoja spółka właśnie stoi przed decyzją, przy której prawnicy zaczynają robić minę "to się raczej nie da" – to jest bardzo prawdopodobne, że akurat w takiej sytuacji czuję się jak ryba w wodzie.
Zapraszam do rozmowy.
